Matka dresiara, czyli jak macierzyństwo zmieniło moją szafę

Gdybym na początku macierzyństwa miała rozpocząć czystki w szafie, pozbywając się wszystkiego w czym nie chodzę, to na wieszakach zostałyby same dresy i piżamy. Przez pierwsze miesiące życia Małego Człowieka pół dnia spędziłam w piżamie, a drugie pół (przy dobrych wiatrach) w dresach. Jedynie na spacery, co by nie straszyć sąsiadów, przyodziewałam bardziej ludzkie spodnie. Ale tylko spodnie, bo z racji zimy, dresową górę chowała kurtka. Oj ciężkie to były czasy dla mej blogowej kariery.

Jeszcze będąc w ciąży zarzekałam się, że ja to na pewno nie będę typową matką dresiarą. Taką z tłustymi włosami i bez makijażu. Yhy… jak mawia mój teść „zarzekała się żaba błota”. Kiedy etat zmienia się na domowe pielesze, to sukienki i szpili przestają mieć rację bytu. A jak do tego dochodzi dziecię przylepa obrażona na sen wszelaki, to człowiek zaprzyjaźnia się z suchym szamponem. Natomiast szczyt makijażu to korektor i tusz (używane jedynie dla dobra społeczeństwa). Niestety kiedy stoję przed wyborem kawa, albo mycie włosów – kawa zawsze wygrywa.

Teraz jest już lepiej. Mały Człowiek jest bardziej łaskawy dla mamy i pozwala jej od czasu do czasu na bardziej ludzki strój, czy nawet makijaż. Ba, pozwala nawet na zdjęcia.

Mimo wszystko kiedy nie muszę wyglądać, wyglądam jak typowa matka dresiara.

I wiecie co? Dobrze mi z tym, a jak wygodnie.

kurtka – Diverse| sweter – Reserved| spodnie – Stradivarius| buty – Zara

Brak tagów 0 komentarzy

Ten post nie został jeszcze skomentowany

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *